sobota, 19 października 2013

Hello from Long Island

No tak, teraz rozumiem dlaczego tak wiele au pair zaczyna pisać blogi, a później tak szybko jak ląduje w USA zaprzestaje publikowania czegokolwiek... po prostu TYLE się dzieje, że czasem nie sposób do tego jeszcze dołożyć pisania bloga.

Ale cofnijmy się o ponad tydzień...

Noc przed lotem naturalnie była całkowicie bezsenna. Jak tu spać,  gdy tyle się dzieje w życiu?! Pakowanie naturalnie na ostatnią chwilę, tysiąc razy wkładałam, wyjmowałam, przepakowywałam swoje rzeczy, że w rezultacie sama nie byłam pewna co zabrałam ze sobą, a co nie. Na szczęście udało mi sie wbić sobie do głowy,  że nawet jak czegoś zapomniałam, nie wzięłam, to bez problemu mogę to sobie kupić już na miejscu. Nie ma sensu się tym stresować.
Naturalnie przy odprawie okazało się, że mam 26,5 kg walizkę, czyli 3,5 kg nadbagażu... na szczęście miły pan pozwolił mi zrobić mały remanent i wrócić z walizka nie cięższa niż 25 kg. Powciskałam zatem te dodatkowe półtora kilograma do i tak już przepakowanego podręcznego, i tak oto miałam 25 kg walizkę i bagaż podręczny : plecak + torbę na laptopa (z tysiącem innych rzeczy w środku....) o łącznej wadze 14 kg! Sama się dziwię, że dałam radę z tym dolecieć do USA! ;-)

Rozstanie z Mamą na lotnisku przebiegło o niebo lepiej,  niż się tego spodziewałam (obawiałam). Zero łez, spokój jak gdyby nic się nie działo, uśmiech, szybki całus i "do zobaczenia!".
Pierwszy lot do Wiednia krótki i w zasadzie przyjemny. Pilot co prawda bardzo szybko zmieniał wysokości,  co nie spodobał się mojemu układowi trawiennemu... ale przeżyłam, a to najważniejsze!  :-)

Kolejny odcinek lotu, to zupełnie inna bajka...

Samolot ogromny, zatłoczony, ale robiący niesamowite wrażenie! Tak więc po ok 2 godzinach oczekiwania razem z resztą pasażerów weszliśmy do tego wielkiego latającego ptaka i usadowiliśmy się na swoich miejscach. Mnie przyszło siedzieć razem z niemiecką parą emerytów lecących sobie na wycieczkę do USA. Byli mili, nienachalni i budzili mnie na jedzenie, więc narzekać nie mogę :D A tak swoją drogą - mam nadzieje, że moja emerytura będzie wyglądać podobnie...
ale wracając do tematu - samolot jak i obsługa bez najmniejszych zastrzeżeń! Jedzenie o dziwo bardzo dobre, jedyne, na co mogę narzekać, to na małą liczbę toalet jak na taki motłoch ludzi. Jak się wybrało zły moment to i z 20 min trzeb było czekać w kolejce, ale dla mnie i to nie było wielkim minusem bo cieszyłam się, że mogę bezkarnie postać sobie i rozprostować nogi po kilkugodzinnym siedzeniu bez ruchu na tyłku. Ekran multimedialny dobrze wypełniał czas między spaniem i jedzeniem. Obejrzałam (przespałam?) kilka odcinków jakiś seriali i filmów dokumentalnych, ale wybór był dość spory, więc wierzę, że dla każdego coś by się tam znalazło. Muzyka też była różnoraka - od popu, przez jezz do muzyki klasycznej.
Generalnie - ani się nie obejrzałam, a moja trochę ponad 9 godzinna podróż dobiegła końca!

Po wyjściu z samolotu oczywiście była ogrooomna kolejka do kontroli wizowo-paszportowej. Z 15stoma kg bagażu podręcznego BEZ KÓŁEK, na własnych barkach, rękach i ramionach było na prawdę ciężko, a zapowiadało się na dobrą godzinę, półtorej stania minimum, o ile nie więcej. Na szczęście szybko pootwierali kolejne okienka, więc dość szybko przeszłam tę procedurę i już po chwili stałam uśmiechnięta z pieczątką wjazdową i swoją toną bagażu na amerykańskiej ziemi! Po chwili błąkania się bez celu dostrzegłam dziewczynę z papierami z APC, po kolejnej chwili przyjechał po nas kierowca i po chyba godzinnym zbieraniu reszty au pairek z różnych terminali i kolejnej godzinie jazdy do New Jersey dotarliśmy W KOŃCU wykończeni i ściorani do hotelu. Krótkie spotkanie organizacyjne i fru - do pokoju i pod prysznic!
Dawno nie czułam takiej ulgi jaką przyniósł mi ten właśnie prysznic! Już nawet mi nie przeszkadzała mało zachęcająca łazienka, czy śmierdząca chlorem woda - czułam się jak w niebie!
Do pokoju zostałam przydzielona z Wendy z RPA i Melisą z Niemiec, ale z 100% Tureckimi korzeniami. Z obiema mieszkało mi się dobrze, a z Melisą szybko odnalazłyśmy wspólny język, bo jak się okazało zna i język polski (sporo rozumie i gdyby nie wstyd to i pewnie powiedziałaby dość sporo) i Polskę jako taką (bez szczegółowego wnikania w koniugacje rodzinne - jej ojciec jest związany z Polską poprzez biznes i Kobietę od wielu lat, stąd też Melisa ma polską macochę i brata). 
Szkolenie jak szkolenie - trzeba to po prostu odbębnić, gdyż większość zajęć nie wnosi niczego nowego (przynajmniej w moim wypadku), więc jest "lekko" nużąca. Ja na szczęście byłam w magicznej grupie SILVER, czyli INFANT SPECIALISED. Było nas tam tylko16 (z ponad setki) dziewczyn, miałyśmy zajęcia w osobnej sali, w której były wszystkie niezbędne akcesoria niezbędne przy opiece nad niemowlakiem (łóżeczka, wózki, przewijaki, nosidła, kosmetyki itd. itp). Każda z nas dostała lalkę na której ćwiczyłyśmy to i owo, jak pierwszą pomoc, masaż dla niemowlaków i inne tego typu rzeczy. Prowadzącą miałyśmy na prawdę cudowną - była miła, żartobliwa, często robiła nam przerwy, puszczała szybciej z zajęć i w ogóle była kochana. Chyba tylko dzięki niej te zajęcia były do przeżycia...
To "normalne" szkolenie podobno było nudniejsze, ale nie mogę nic powiedzieć na pewno, bo w nim nie uczestniczyłam, więc brak mi skali porównawczej. Jedno jest pewne - to szkolenie infant specialised jest o jeden dzień dłuższe, co jest oczywiście picem na wodę, bo w ten dodatkowy dzień - piątek, zajęcia były dosłownie przez chwilkę, a jedyne o czym rozmawialiśmy to było kto gdzie jak leci, jakie przesiadki kto gdzie ma, co z bagażem podczas podróży, jak przywitać się z host rodziną i tym podobne BZDETY, więc na prawdę nie wiem czemu trzymali nas tam dodatkowo dzień dłużej... pewnie dlatego, żeby zedrzeć więcej kasy od rodzin, ale to już nie mój biznes.
Podczas szkolenia zdążyłam dwukrotnie odwiedzić NYC. Za pierwszym razem była to wycieczka pt "podziwiaj NYC zza szyby autokaru" i zdecydowanie NIE warta swojej ceny (że też nie posłuchałam, jak mnie przed tym przestrzegano)... ale za to przewodnik fajny i wiele ciekawych rzeczy poopowiadał, więc jakoś przeboleję te 40 baksów.
Następnego dnia był to już tylko transport hotel-Manhattan-hotel. Miasto zdecydowanie NIESAMOWITE i już nie mogę się doczekać kiedy zacznę je sama odkrywać!!!!
a zaczynam już w tą niedzielę - dzięki Patka za zaproszenie... :-))) Nie mogę się doczekać

i kilka fotek z NYC, bo tu słowa nie są wystarczające...






































Następny post będzie mojej rodzince amerykańskiej - pierwsze spotkanie, wrażenia, dom, itp.

CDN.

Pozdrawiam,
M.

4 komentarze:

  1. Dotarłam na bloga, przeczytałam wszystko, dziękuję za dzisiejszy dzień i do zobaczenia znowu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny! Ostrzegałam, iż jestem tylko marnym umysłem ścisłym, tym bardziej doceniam nie tylko odwiedziny, ale i przeczytanie mojej radosnej twórczości! ;-)

      Usuń
  2. Zazdroszcze udanego lotu, mój był na tyle beznadziejny, że znienawidziłam samoloty na jakiś czas;)
    gdzie dokładnie na LI mieszkasz? Pytam, bo ja też jestem z LI:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że kolejny będzie bardziej udany! Dzięki za odwiedziny, pozdrawiam z Massapequa :-))

      Usuń