niedziela, 29 września 2013

Całe życie w jednej walizce

Od 2 tygodni latam jak oszalała. Codziennie mam do załatwienia miliony spraw różnego rodzaju. Dni uciekają, jak by trwały dosłownie kilka godzin. Wieczni mi brakuje czasu. Na szczęście ze wszystkim pomaga mi Mama. Bez niej chyba bym nie dała rady tego wszystkiego ogarnąć do wylotu, a już na pewno trafiła bym do psychiatryka. To jednak za dużo, jak na moją jedną małą głowę, stąd też pomoc Mamy jest tutaj bezcenna i niezastąpiona.
Stres jest coraz silniejszy, szczególnie po dniu wczorajszym, kiedy to musiałam pożegnać się z tą niewielką garstką przyjaciół, którzy są dla mnie ważni i których na pewno będzie mi strasznie brak. Pożegnania są okrutne i piekielnie trudne. Nie życzę takich przykrych doznań nawet najgorszemu wrogowi. Do tej pory w życiu nie robiłam chyba niczego równie trudnego, a świadomość, że robię to z własnej woli tylko komplikuje sprawę, bo wkrada się cień wątpliwości, czy to co robię ma w ogóle sens. Ciągle sobie powtarzam, że przecież nie umieram ani ja, ani oni i że możemy widywać się i rozmawiać na skype, ale gdzieś tam w tyle głowy krzyczą usilnie tłumione obawy, że przez internet to nie to samo, i że na dłuższą metę takie przyjaźnie na odległość skazane są na rozluźnienie swoich więzów... staram się o tym nie myśleć w taki sposób, ale obawiam się tego bardzo. Mam nadzieję, że znajdę jakąś przyjazną duszę, która mnie zrozumie nawet i za Atlantykiem, choć nie zaprzyjaźniam się łatwo. To chyba właśnie ten element mojego dotychczasowego życia, czyli przyjaciele, będzie tym najtrudniejszym do opuszczenia, pozostawienia za sobą.
Ale koniec smutów i smętów, bo przecież nic z takiego biadolenia pozytywnego nie będzie. Życie idzie na przód. Ba! właśnie zaczyna się nowy, ekscytujący jego etap i na tym chcę się skupić.
Wyjazd za tydzień. Mieszkanie pustoszeje, prawie wszystko wyrzucone/sprzedane/oddane. Z siostrą już się nie zobaczę, bo po tygodniowych odwiedzinach wróciła już ze swoją rodziną do siebie. Mój mózg chyba nie do końca ogarnia jeszcze fakt, że mogę nie zobaczyć jej, czy mojego kochanego siostrzeńca, przez najbliższy rok/dwa/x-czasu... niby się to wie, ale to takie obce uczucie, że wydaje się, jakby nie moje... zapewne tak na prawdę, poczuję to za kilka tygodni, jak już będę tysiące kilometrów od nich.
Walizka powoli zapełnia się całym moim dobytkiem, który mi jeszcze pozostał. Ciekawa jestem, czy zmieszczę się w ograniczeniach wagowych, bo w moich oczach wszystko jest przydatne i szkoda mi czegokolwiek się pozbywać. A 23 kg to okrutnie mało, jak na cały dobytek życia...
Pre-departure project wciąż nietknięty, ale z tego, co wyczytałam z blogów innych au pairek można go generalnie zrobić na "odwal się" (to właśnie moja metoda na wszystko, przyznam szczerze ) i generalnie większych konsekwencji (żeby nie powiedzieć, że żadnych) z tego tytułu nie ma.
Kontakt z hostami jest w zasadzie bardzo dobry, wymieniliśmy się już chyba 50-cioma mailami i z każdym kolejnym przekonuję się, że są to dobrzy ludzie i jest spora szansa, że się dogadamy/dotrzemy i spędzimy wspólnie niesamowity rok.
Maluszek, którym będę się opiekować ma już prawie 5 miesięcy i już na prawdę nie mogę się doczekać niańczenia go! Ja to po prostu na prawdę lubię. Ciekawe tylko, czy będę to równie bardzo lubić przez 45h tygodniowo :P
Hości są wciąż przemili i troskliwi. Ciągle się pytają co i jak lubię, jak wygląda w Polsce to czy tamto, wyszukują w internecie wiele ciekawych informacji o Polsce, szukają już jakiś miejsc, gdzie mogę pobyć z Polakami, najbliższe polskie markety itp. Na prawdę się starają, abym czuła się u nich dobrze. Mam nadzieję, że rzeczywistość mnie nie zawiedzie, bo zdaję sobie sprawę, że tak też może być. Odganiam jednak te czarnowidztwo i pozostaję w nadziei, że pierwsze wrażenie jest bezbłędne! A w najgorszym wypadku - wrócić mogę zawsze, a takie doświadczenie jest bezcenne cokolwiek się tam nie wydarzy.
Najbardziej obawiam się samego rozstania na lotnisku. Wtedy to zapewne tak na prawdę dotrze do mnie co ja w ogóle wyprawiam, a łzy Mamy raczej otuchy mi nie dodadzą... Chyba wolałabym jechać na lotnisko sama, powiem szczerze, aby uniknąć tej całej dramy...
Pozostaje mi zapakować zapas chusteczek, jakiś środek uspakajający i po prostu przeżyć, co do przeżycia będzie mnie czekać. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, czyż nie?

Mały PS. Prezenty dla hostów :




T-shirt dla Maluszka, z krótkim rękawem w kolorze czerwonym, z napisem POLAND i orzełkiem pośrodku tego napisu. Z tyłu jego imię oraz cyferka 1 (jak by ktoś nie widział :P).










Dla rodziców :




Książka o Polsce w języku angielskim, trochę widokówek z mojego rodzinnego miast, mieszanka polskich łakoci, mała żubrówka oraz jeszcze mniejsza buteleczka wiśniówki robionej przez moją Mamę. Wszystko to zapakowane w piękną torbę prezentową z łowickim motywem. Jedyne, czego żałuję, to że książki o Polsce nie wzięłam jednak ciut większej i lepszej, z ładniejszymi ilustracjami (wybrałam taką wersję mini wielkości ok połowy zeszytu A5), ale już trudno, resztę o Polsce im po prostu opowiem :)






 Wybór łatwy nie był, na początku bardzo się wahałam w którą stronę z tymi prezentami iść. Nie chciałam ani za dużo, ani za mało, ani za drogo, ani za tandetnie... a w szczególności nie chciałam kupić prezentu od tak, żeby był, bo wypada. Chciałam, aby miało to jakiś sens, aby wniosło chociaż trochę czegokolwiek z naszej kultury, stąd taki, a nie inny wybór prezentów. Mam nadzieję, że im się spodoba i posmakuje :-)







Na dziś to wszystko, odezwę się już zapewne przed samym wylotem.
Dam znać, czy da się spakować całe życie do jednej, 23 kilogramowej walizki... Trzymajcie kciuki!

Monia.

wtorek, 3 września 2013

Pora odliczać dni!

Oto dziś, drugiego września 2013 roku, w moją drugą rocznicę zdania egzaminu na prawo jazdy, w bury deszczowy poniedziałek, w godzinach późno popołudniowych usłyszałam pytanie, na które każda au pair czeka od samego początku całego procesu rekrutacji : "Will you be our au pair?".

W tym przypadku jest to propozycja nie do odrzucenia!
Dlaczego, zapytacie zapewne?
Otóż śpieszę tłumaczyć:
Lokalizacja - Long Island, Massapequa. ok 50 minut drogi do NYC.
Rodzina - przesympatyczni, otwarci, kontaktowi, ciepli rodzice i jeden (słownie J-E-D-E-N !!! ) przesłodki prawie 4-miesięczny niemowlak płci męskiej. Złapałam z nimi kontakt zaraz od pierwszych chwil wspólnej konwersacji. Po drugiej rozmowie, byłam przekonana, że jak tylko oni mnie zechcą (a nieskromnie powiem, że widać było, że spodobałam im się równie bardzo), to bez wątpliwości decyduję się na tą właśnie rodzinkę.

Czy mogło być lepiej? No jasne, bo przecież lepiej może być zawsze. Mogli np być z mojej wymarzonej Kalifornii czy Florydy, ale biorąc pod uwagę jak fajni są rodzice, ilość i wiek dzieci i że to jednak NYC, w którym nudzić się nie sposób, to ani trochę nie żałuję i niczego więcej do szczęścia mi nie trzeba. Nawet moja Floryda może się okazać nie taka odległa, bo przebąkiwali coś w czasie rozmowy, że w styczniu/lutym planują wakacje u rodziców hosta na Florydzie.
Dosłownie czuję się, jak bym wygrała na loterii! Świadoma jestem, że często rodzinka na skype jest mega-hipe-super sympatyczna, a później życie to weryfikuje i au pair wraca z płaczem do domu szybciej, niż przyleciała do USA. Cóż, pozostaje tylko żal, że nie będę w posiadaniu takiego awaryjnego domu do, do którego można z płaczem wrócić do punktu wyjścia :P

Jestem optymistycznie nastawiona, ale także świadoma, że czasem takie wyjazdy okazują się po prostu porażką i wtedy trzeba powiedzieć sobie "trudno, próbowałam, nie wyszło" i żyć dalej. I z takim nastawieniem właśnie mam zamiar wsiąść 7 października 2013 roku na pokład samolotu do Nowego Jorku!

Praca licencjacka wciąż nieskończona, wiza dopiero do załatwienia, całe dotychczasowe polskie życie czeka na zamknięcie, a ja jestem z tym sama i mam na to 35 dni. OBŁĘD!

Stres bardzo daje mi się już we znaki. Serce wali jak oszalałe dzień i noc nie dając spać, nie mogę jeść, chudnę z każdym dniem, a na myśl o nieznanej przyszłości, aż mnie mdli. Ale kto powiedział, że będzie łatwo? Tego chciałam, więc dam radę!

Także trzymajcie za mnie kciuki, a ja zaciskam mocno poślady i DO ROBOTY! ;-)

PS. W wolnej chwili postaram się zaprezentować tutaj całe spektrum rodzin, które zgłaszały się do mnie, jako do potencjalnej au pair, w przeciągu całych tych 4 miesięcy biernych poszukiwań.

Pozdrawiam
Monia