wtorek, 18 czerwca 2013

O mój boże, czy to się dzieje na prawdę?!

Jest 18-sty czerwca 2013 roku, godzina 00:26 i właśnie dostałam zawału.

Mo: Cześć, widzimy się w weekend?
Ma: Niestety, nie mogę, mam recital. To może w następny?
Mo: Kurcze, w następny weekend będę już w Niemczech...
Ma: Tak ? Już ? Tak szybko ? A ja za 3 tygodnie jadę już do Holandii na 2 miesiące, więc musimy to jakoś to pogodzić!
Mo: <tu następuje uderzenie gorąca, skurcz żołądka i nagłe pocenie się gałek ocznych>
       Ale jak to? Do Holandii ? Na całe wakacje ? To znaczy... czy to znaczy.... pora się żegnać ?



O Kurwa.

O kurwa. Tylko to mi teraz przychodzi do głowy. Właśnie spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba świadomość, że pora żegnać się z dotychczasowym życiem, przyjaciółmi, miejscami, przyzwyczajeniami, wspomnieniami i wszystkim, co znane mi jest dookoła mnie od urodzenia. Przez całe 23 i pół roku życia. I tak po prostu mam zamknąć wszystko w paczce zaadresowanej "Przeszłość"?

Cholernie trudne to jest. Nie sądziłam, że aż tak bardzo.

Bo skoro dziś, tylko przez samo uświadomienie sobie, że nieuniknione zbliża się wielkimi krokami dostaję zawału, to jak spojrzę mojej Ma w oczy i powiem "żegnaj" ?

I niestety nie mam tego komfortu, co inne Au Pairki, że mogę powiedzieć "do zobaczenia za rok". Och, ależ był by to komfort, zrobić sobie po prostu rok przerwy od życia. Dziś dopiero to doceniłam. Zmienia to zupełnie odczucia co do ewentualnego wyjazdu Au Pair.

Czyli co, że "żegnaj na zawsze" ? że "do zgadania się na facebook'u" ? "do ze'skype'owania się" ?

Przecież to brzmi niedorzecznie, surrealistycznie, absurd jakiś!

Nic już nie będzie takie samo. I nic mnie na chwilę obecną nie przeraża tak bardzo, jak świadomość właśnie tego.

Cholernie się przeraziłam i nie mam pojęcia jak sobie z tym poradzę, bo tego w swoim pięknym planie na przyszłość nie wliczyłam.

Tak po prostu zamknąć drzwi za sobą i nie odwracać się za siebie ? Tylko, żebym wiedziała jeszcze co widzę przed sobą... jedną wielką niewiadomą, która wykręca mi żołądek i powoduje mdłości ze strachu.

Także proszę państwa, przyszłość jak widać przedstawia mi się w kolorowych barwach rozstań i wielkiej niewiadomej.

Uroczo, prawda?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Krótkie ogłoszenia duszpasterskie :

Rodzinka #2 - młode małżeństwo oczekujące pierwszego potomka, mieszkające w dystansie 30 min autobusem od centrum NYC. Brzmi pięknie ? No mimo, iż bardziej mi się marzy stereotypowo Kalifornia lub Floryda, to jeden 3-miesięczny brzdąc do opieki i tryliardy możliwości oferowane przez okolice kuszą nieziemsko nawet i mnie. Szkoda tylko, że przyszli rodzice opuścili mój profil bez odpowiedzi na e-mail. Mogli chociaż głupie "No, thanks" odpisać. Cóż, niewychowani. Zdarza się. Płakać nie będę.


Tak na prawdę nie mam teraz głowy do szukania rodzinki, dlatego na rękę mi była cisza w eterze. Studia wciąż w fazie zaliczeń, a dodając do tego mój dzisiejszy zawał, nie spieszy mi się podwójnie.

Najpierw licencjat, potem obrona, w międzyczasie wakacje u rodzinki - taka sytuacja.

A jak rodzina goszcząca ma się znaleźć, to się znajdzie sama - prawie jak z miłością. Ja chyba coraz bardziej panikuję i odwlekam ciężkie, nieuniknione rozstania. I niech tak będzie. Póki są studia - to niech one mi tylko w głowie. Niepotrzebne mi teraz rozproszenie, na to przyjdzie jeszcze czas... Jak oswoję się z myślą, że wyjazd ma nie tylko blaski, ale i cienie.