środa, 6 listopada 2013

Host rodzinka - przywitanie, pierwsze chwile i wrażenia.

Szkolenie - szkoleniem, mimo iż nudne zleciało dość szybko. Gdzieś w okolicach czwartku uświadomiłam sobie, że za chwilę już nadejdzie ten moment, w którym po raz pierwszy osobiście zobaczę swoją rodzinę goszczącą. Bynajmniej nie napawało mnie to optymizmem i ekscytacją. Przeciwnie, oddała bym wszystko, aby ten moment jak najbardziej opóźnić. Nie, żeby coś z moją host rodzinką było nie tak, to prędzej ze mną coś jest nie najlepiej. Do czasu pierwszego spotkania rozmawialiśmy ze sobą na skype z 3-4 razy i wysłaliśmy do siebie 79 maili! Wydawałoby się (przynajmniej mi), że to dość sporo. Nie zmieniło to jednak faktu, iż cholernie obawiałam się tego pierwszego spotkania... Ostatnia doba na szkoleniu była najbardziej stresującym momentem w moim życiu! Wierzcie  lub nie, ale na prawdę NIGDY jeszcze nie stresowałam się aż tak bardzo. Generalnie jestem taką osobą, że mam raczej totalną "zlewkę" na wszystko, co mnie otacza, toteż na wszelkiego rodzaju egzaminy, testy, prawko, maturę szłam z nastawieniem, że świat przecież się nie zawali cokolwiek się wydarzy... Było jednak zupełnie inaczej w kwestii poznania host rodziny. Chyba jestem po prostu jakaś aspołeczna i niedorozwinięta w kwestii komunikacji międzyludzkiej!
W piątek, po ostatnich zajęciach wszystkie dziewczyny, które musiały do swoich nowych domów dolecieć zostały odwiezione na lotnisko, a w lobby hotelu czekając na osobisty odbiór rodzin mieszkających w pobliżu została nas tylko czwórka... cały mój 3 osobowy pokój + jedna niewiasta z RPA. I właśnie wtedy zaczęłam świrować. Nic już nie było do roboty poza siedzeniem i czekaniem! Godzina dłużej, a doprowadziło by mnie to chyba na prawdę do obłędu! Z minuty na minutę napięcie rosło, a czas do wielkiego momentu "0" skracał się w tempie zdecydowanie za szybkim. Żołądek wywijał mi się na wszystkie strony, a w serce było bliskie zawału. Nawet z mojej ukochanej kawy, od której jestem (byłam?) uzależniona zrezygnowałam i to mając Starbucksa pod nosem, za co moje serce raczej było mi wdzięczne.
Gdy dostałam ostatniego maila "Sorry za spóźnienie, daj nam jeszcze 10 minut, już dojeżdżamy" miałam ochotę uciec, skoczyć z dachu hotelu, albo cokolwiek innego aby tylko opóźnić to, co nieuniknione! Sama siebie się bałam, bo nigdy, przenigdy nie byłam jeszcze w takim stanie psychicznym! Mój zdrowy rozsądek, który w takich chwilach sprowadzał mnie na ziemie i otrzeźwiał osąd sytuacji chyba wziął sobie tego dnia wolne...
Całe szczęście, nie mogłam w tej sytuacji zrobić NIC, dzięki czemu dotrwałam jakoś do tego momentu, kiedy to przez obrotowe drzwi hotelu weszli Ona, On i brzdąc! Moment, którego obawiałam się najbardziej, niezręczne przywitanie, poszedł gładko, jak po maśle! Host mama od razu mnie uściskała, host tata przed uściskiem wręczył mi bukiet kwiatów (który swoją drogą stał w wazonie prawie 3 tyg!!!!!!), a minutę później śmialiśmy się już tylko, jak to obie - Ja i host mama - niepotrzebnie stresowałyśmy się tym pierwszym spotkaniem przez ostatni czas! :-)) Maluszek spał całą drogę do New Jersey, więc był zaspany i na wpół świadomy co się dzieję, ale już po kilku minutach był pierwszy uśmiech i całe to niepotrzebne napięcie uciekło w niepamięć :)do tej pory nie wiem czemu stresowałam się aż tak bardzo i skąd się te wzięło. To na prawdę bardzo nie w moim stylu...
Dość długa droga z hotelu do domu nie dłużyła się ani ksztynę! Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, poznawaliśmy bez najkrótszej nawet chwili ciszy i niezręczności.
Dom mają na prawdę piękny. Mój pokój wycackany do ostatniego szczególiku (to zasługa dbającej o najmniejszy detal host mamy z bardzo dobrym gustem do dekorowania). Na drzwiach pokoju przywitał mnie ogromny plakat z ich zdjęciem i napisem "Witamy w rodzinie, Monika!". W przepięlnym liliowym pokoju czekały na mnie także inne drobne podarunki, które były bardzo przydatne w tych pierwszych chwilach w nowym domu (kosmetyki, przekąski, przybory papiernicze i toaletowe, mapy, przewodniki, rozkłady pociągów i oczywiście piękna kartka z kilkoma miłymi słowami na przywitanie).
"Pokochałam" ich od pierwszej minuty i po 26 dniach z nimi uwielbiam ich równie bardzo, o ile nie jeszcze bardziej!
Śmiejemy się nieraz, że to ZALEDWIE parę dni z nimi, a czujemy się wszyscy jak byśmy się znali od wieków i od zawsze byłam u nich jako au pairka :-)
Nie zamieniła bym ich na żadną inną rodzinkę!
Z maluszkiem mam świetny kontakt. Okazał się być aniołem, który praktycznie w ogóle nie płacze i póki co jest bardzo niewymagający! Zajmowanie się nim to sama przyjemność i nie jest to dla mnie nawet w najmniejszym stopniu uciążliwe. Oby tak zostało :-))
Z host rodzicami spędzam bardzo dużo swojego wolnego czasu. Po ich powrocie z pracy wspólnie przygotowujemy kolację, wspólnie jemy, razem po niej sprzątamy. W weekendy także przyjemnie nam wspólnie spędzać czas, czy to bycząc się cały dzień, odwiedzając ich rodzinę (która swoją drogą też jest bardzo przyjemna!), czy to robiąc cokolwiek innego.
Niedziele staram się spędzać poza domem, dla zdrowia psychicznego mojego i ich, bo w końcu co za dużo, to nie zdrowo, a przecież nie chcę zbyt szybko mieć przesyt swojej host rodzinki (i vice versa!).
Mam to szczęście, iż host mama pożycza mi, gdy tylko chcę, swój bilet miesięczny, co daje mi ogrom możliwości w weekendy i to za darmo. Takim oto sposobem oszczędzając prawie 20$ mogę co weekend znaleźć się w NYC czy też innym okolicznym miejscu, spotykać się z ludźmi, zwiedzać. Póki co lubię tę rutynę.
W pierwszy weekend, jako iż były to moje pierwsze chwile w tym domu, a dodatkowo zbiegło się to z moimi urodzinami, to spędziłam go z nową rodzinką.
Kolejne dwa, w miłym towarzystwie Pati i Oli, spędziłam na zwiedzaniu Brooklynu i dolnego Manhattanu.
Ostatni weekend spędziłam w domu, z host rodzinką, odwiedzając przy okazji z nimi prawie całą rodzinę host taty, ale o tych weekendach już w następnych postach...

Na koniec kilka fotek mojej okolicy - prawie jak z Desperate Housewives ;-)














Z pozdrowieniami dla moich polskich przyjaciół, za którymi już tęsknie...
Monia

sobota, 19 października 2013

Hello from Long Island

No tak, teraz rozumiem dlaczego tak wiele au pair zaczyna pisać blogi, a później tak szybko jak ląduje w USA zaprzestaje publikowania czegokolwiek... po prostu TYLE się dzieje, że czasem nie sposób do tego jeszcze dołożyć pisania bloga.

Ale cofnijmy się o ponad tydzień...

Noc przed lotem naturalnie była całkowicie bezsenna. Jak tu spać,  gdy tyle się dzieje w życiu?! Pakowanie naturalnie na ostatnią chwilę, tysiąc razy wkładałam, wyjmowałam, przepakowywałam swoje rzeczy, że w rezultacie sama nie byłam pewna co zabrałam ze sobą, a co nie. Na szczęście udało mi sie wbić sobie do głowy,  że nawet jak czegoś zapomniałam, nie wzięłam, to bez problemu mogę to sobie kupić już na miejscu. Nie ma sensu się tym stresować.
Naturalnie przy odprawie okazało się, że mam 26,5 kg walizkę, czyli 3,5 kg nadbagażu... na szczęście miły pan pozwolił mi zrobić mały remanent i wrócić z walizka nie cięższa niż 25 kg. Powciskałam zatem te dodatkowe półtora kilograma do i tak już przepakowanego podręcznego, i tak oto miałam 25 kg walizkę i bagaż podręczny : plecak + torbę na laptopa (z tysiącem innych rzeczy w środku....) o łącznej wadze 14 kg! Sama się dziwię, że dałam radę z tym dolecieć do USA! ;-)

Rozstanie z Mamą na lotnisku przebiegło o niebo lepiej,  niż się tego spodziewałam (obawiałam). Zero łez, spokój jak gdyby nic się nie działo, uśmiech, szybki całus i "do zobaczenia!".
Pierwszy lot do Wiednia krótki i w zasadzie przyjemny. Pilot co prawda bardzo szybko zmieniał wysokości,  co nie spodobał się mojemu układowi trawiennemu... ale przeżyłam, a to najważniejsze!  :-)

Kolejny odcinek lotu, to zupełnie inna bajka...

Samolot ogromny, zatłoczony, ale robiący niesamowite wrażenie! Tak więc po ok 2 godzinach oczekiwania razem z resztą pasażerów weszliśmy do tego wielkiego latającego ptaka i usadowiliśmy się na swoich miejscach. Mnie przyszło siedzieć razem z niemiecką parą emerytów lecących sobie na wycieczkę do USA. Byli mili, nienachalni i budzili mnie na jedzenie, więc narzekać nie mogę :D A tak swoją drogą - mam nadzieje, że moja emerytura będzie wyglądać podobnie...
ale wracając do tematu - samolot jak i obsługa bez najmniejszych zastrzeżeń! Jedzenie o dziwo bardzo dobre, jedyne, na co mogę narzekać, to na małą liczbę toalet jak na taki motłoch ludzi. Jak się wybrało zły moment to i z 20 min trzeb było czekać w kolejce, ale dla mnie i to nie było wielkim minusem bo cieszyłam się, że mogę bezkarnie postać sobie i rozprostować nogi po kilkugodzinnym siedzeniu bez ruchu na tyłku. Ekran multimedialny dobrze wypełniał czas między spaniem i jedzeniem. Obejrzałam (przespałam?) kilka odcinków jakiś seriali i filmów dokumentalnych, ale wybór był dość spory, więc wierzę, że dla każdego coś by się tam znalazło. Muzyka też była różnoraka - od popu, przez jezz do muzyki klasycznej.
Generalnie - ani się nie obejrzałam, a moja trochę ponad 9 godzinna podróż dobiegła końca!

Po wyjściu z samolotu oczywiście była ogrooomna kolejka do kontroli wizowo-paszportowej. Z 15stoma kg bagażu podręcznego BEZ KÓŁEK, na własnych barkach, rękach i ramionach było na prawdę ciężko, a zapowiadało się na dobrą godzinę, półtorej stania minimum, o ile nie więcej. Na szczęście szybko pootwierali kolejne okienka, więc dość szybko przeszłam tę procedurę i już po chwili stałam uśmiechnięta z pieczątką wjazdową i swoją toną bagażu na amerykańskiej ziemi! Po chwili błąkania się bez celu dostrzegłam dziewczynę z papierami z APC, po kolejnej chwili przyjechał po nas kierowca i po chyba godzinnym zbieraniu reszty au pairek z różnych terminali i kolejnej godzinie jazdy do New Jersey dotarliśmy W KOŃCU wykończeni i ściorani do hotelu. Krótkie spotkanie organizacyjne i fru - do pokoju i pod prysznic!
Dawno nie czułam takiej ulgi jaką przyniósł mi ten właśnie prysznic! Już nawet mi nie przeszkadzała mało zachęcająca łazienka, czy śmierdząca chlorem woda - czułam się jak w niebie!
Do pokoju zostałam przydzielona z Wendy z RPA i Melisą z Niemiec, ale z 100% Tureckimi korzeniami. Z obiema mieszkało mi się dobrze, a z Melisą szybko odnalazłyśmy wspólny język, bo jak się okazało zna i język polski (sporo rozumie i gdyby nie wstyd to i pewnie powiedziałaby dość sporo) i Polskę jako taką (bez szczegółowego wnikania w koniugacje rodzinne - jej ojciec jest związany z Polską poprzez biznes i Kobietę od wielu lat, stąd też Melisa ma polską macochę i brata). 
Szkolenie jak szkolenie - trzeba to po prostu odbębnić, gdyż większość zajęć nie wnosi niczego nowego (przynajmniej w moim wypadku), więc jest "lekko" nużąca. Ja na szczęście byłam w magicznej grupie SILVER, czyli INFANT SPECIALISED. Było nas tam tylko16 (z ponad setki) dziewczyn, miałyśmy zajęcia w osobnej sali, w której były wszystkie niezbędne akcesoria niezbędne przy opiece nad niemowlakiem (łóżeczka, wózki, przewijaki, nosidła, kosmetyki itd. itp). Każda z nas dostała lalkę na której ćwiczyłyśmy to i owo, jak pierwszą pomoc, masaż dla niemowlaków i inne tego typu rzeczy. Prowadzącą miałyśmy na prawdę cudowną - była miła, żartobliwa, często robiła nam przerwy, puszczała szybciej z zajęć i w ogóle była kochana. Chyba tylko dzięki niej te zajęcia były do przeżycia...
To "normalne" szkolenie podobno było nudniejsze, ale nie mogę nic powiedzieć na pewno, bo w nim nie uczestniczyłam, więc brak mi skali porównawczej. Jedno jest pewne - to szkolenie infant specialised jest o jeden dzień dłuższe, co jest oczywiście picem na wodę, bo w ten dodatkowy dzień - piątek, zajęcia były dosłownie przez chwilkę, a jedyne o czym rozmawialiśmy to było kto gdzie jak leci, jakie przesiadki kto gdzie ma, co z bagażem podczas podróży, jak przywitać się z host rodziną i tym podobne BZDETY, więc na prawdę nie wiem czemu trzymali nas tam dodatkowo dzień dłużej... pewnie dlatego, żeby zedrzeć więcej kasy od rodzin, ale to już nie mój biznes.
Podczas szkolenia zdążyłam dwukrotnie odwiedzić NYC. Za pierwszym razem była to wycieczka pt "podziwiaj NYC zza szyby autokaru" i zdecydowanie NIE warta swojej ceny (że też nie posłuchałam, jak mnie przed tym przestrzegano)... ale za to przewodnik fajny i wiele ciekawych rzeczy poopowiadał, więc jakoś przeboleję te 40 baksów.
Następnego dnia był to już tylko transport hotel-Manhattan-hotel. Miasto zdecydowanie NIESAMOWITE i już nie mogę się doczekać kiedy zacznę je sama odkrywać!!!!
a zaczynam już w tą niedzielę - dzięki Patka za zaproszenie... :-))) Nie mogę się doczekać

i kilka fotek z NYC, bo tu słowa nie są wystarczające...






































Następny post będzie mojej rodzince amerykańskiej - pierwsze spotkanie, wrażenia, dom, itp.

CDN.

Pozdrawiam,
M.

sobota, 5 października 2013

Bezdomna i szczęśliwa!

2 dni do wylotu...
Od kilku dni nie jestem już studentką oraz stałam się bezdomna (wymeldowałam się na stałe). Dziwne uczucie - ważny, symboliczny krok :)
Wszystkie sprawy pozamykane, pozostało wpakować swój dobytek do walizki i wyruszyć na podbój świata.
Zadziwiającym jest fakt, iż stres praktycznie całkowicie ustąpił miejsca pewności, że robię jedyny słuszny krok w swoim życiu. Zero obaw, wątpliwości... myślałam, że im bliżej wyjazdu, tym będzie mi trudniej, a tu proszę - jest na odwrót! I oby tak już zostało, bo ten stan mi służy :)
Jestem pewna, że nie chciałabym dłużej studiować, ani dłużej być w tym miejscu, którym jestem.
Nie było mi źle, oj nie! Ostatnimi czasy miałam "życie jak w Madrycie", a mimo to, potrzebuję zmian i to natychmiast. Nie będą one proste, mogą okazać się totalnym niewypałem, ale umarłabym zostając w obecnej stagnacji.
Myślałam, że będę miała problem z opuszczeniem obecnego życia, jednak co dnia bardziej jestem przekonana, że niczego mi tu nie będzie żal (poza przyjaciółmi).
Wszędzie widzę szarość, miernotę i  i rozpadającą się rozpacz. Nie widzę tu swojej przyszłości. Możecie mnie nazwać pesymistką, czarnowidzką, cokolwiek - ja mam w głowie póki co jedno - uciec jak najdalej.
Nie wykluczam, że jeszcze zapłaczę i zatęsknię, że zmienię punkt widzenia. Powiem więcej - ja sobie tego życzę. Potrzebuję po prostu nabrać dystansu zza granicy, COŚ zrobić ze swoim życiem.
Wolę kochać i tęsknić swoją ojczyznę z daleka, niż biadolić i jęczeć na miejscu, że chcę czegoś innego.
  

It's easier to leave than to be left behind

niedziela, 29 września 2013

Całe życie w jednej walizce

Od 2 tygodni latam jak oszalała. Codziennie mam do załatwienia miliony spraw różnego rodzaju. Dni uciekają, jak by trwały dosłownie kilka godzin. Wieczni mi brakuje czasu. Na szczęście ze wszystkim pomaga mi Mama. Bez niej chyba bym nie dała rady tego wszystkiego ogarnąć do wylotu, a już na pewno trafiła bym do psychiatryka. To jednak za dużo, jak na moją jedną małą głowę, stąd też pomoc Mamy jest tutaj bezcenna i niezastąpiona.
Stres jest coraz silniejszy, szczególnie po dniu wczorajszym, kiedy to musiałam pożegnać się z tą niewielką garstką przyjaciół, którzy są dla mnie ważni i których na pewno będzie mi strasznie brak. Pożegnania są okrutne i piekielnie trudne. Nie życzę takich przykrych doznań nawet najgorszemu wrogowi. Do tej pory w życiu nie robiłam chyba niczego równie trudnego, a świadomość, że robię to z własnej woli tylko komplikuje sprawę, bo wkrada się cień wątpliwości, czy to co robię ma w ogóle sens. Ciągle sobie powtarzam, że przecież nie umieram ani ja, ani oni i że możemy widywać się i rozmawiać na skype, ale gdzieś tam w tyle głowy krzyczą usilnie tłumione obawy, że przez internet to nie to samo, i że na dłuższą metę takie przyjaźnie na odległość skazane są na rozluźnienie swoich więzów... staram się o tym nie myśleć w taki sposób, ale obawiam się tego bardzo. Mam nadzieję, że znajdę jakąś przyjazną duszę, która mnie zrozumie nawet i za Atlantykiem, choć nie zaprzyjaźniam się łatwo. To chyba właśnie ten element mojego dotychczasowego życia, czyli przyjaciele, będzie tym najtrudniejszym do opuszczenia, pozostawienia za sobą.
Ale koniec smutów i smętów, bo przecież nic z takiego biadolenia pozytywnego nie będzie. Życie idzie na przód. Ba! właśnie zaczyna się nowy, ekscytujący jego etap i na tym chcę się skupić.
Wyjazd za tydzień. Mieszkanie pustoszeje, prawie wszystko wyrzucone/sprzedane/oddane. Z siostrą już się nie zobaczę, bo po tygodniowych odwiedzinach wróciła już ze swoją rodziną do siebie. Mój mózg chyba nie do końca ogarnia jeszcze fakt, że mogę nie zobaczyć jej, czy mojego kochanego siostrzeńca, przez najbliższy rok/dwa/x-czasu... niby się to wie, ale to takie obce uczucie, że wydaje się, jakby nie moje... zapewne tak na prawdę, poczuję to za kilka tygodni, jak już będę tysiące kilometrów od nich.
Walizka powoli zapełnia się całym moim dobytkiem, który mi jeszcze pozostał. Ciekawa jestem, czy zmieszczę się w ograniczeniach wagowych, bo w moich oczach wszystko jest przydatne i szkoda mi czegokolwiek się pozbywać. A 23 kg to okrutnie mało, jak na cały dobytek życia...
Pre-departure project wciąż nietknięty, ale z tego, co wyczytałam z blogów innych au pairek można go generalnie zrobić na "odwal się" (to właśnie moja metoda na wszystko, przyznam szczerze ) i generalnie większych konsekwencji (żeby nie powiedzieć, że żadnych) z tego tytułu nie ma.
Kontakt z hostami jest w zasadzie bardzo dobry, wymieniliśmy się już chyba 50-cioma mailami i z każdym kolejnym przekonuję się, że są to dobrzy ludzie i jest spora szansa, że się dogadamy/dotrzemy i spędzimy wspólnie niesamowity rok.
Maluszek, którym będę się opiekować ma już prawie 5 miesięcy i już na prawdę nie mogę się doczekać niańczenia go! Ja to po prostu na prawdę lubię. Ciekawe tylko, czy będę to równie bardzo lubić przez 45h tygodniowo :P
Hości są wciąż przemili i troskliwi. Ciągle się pytają co i jak lubię, jak wygląda w Polsce to czy tamto, wyszukują w internecie wiele ciekawych informacji o Polsce, szukają już jakiś miejsc, gdzie mogę pobyć z Polakami, najbliższe polskie markety itp. Na prawdę się starają, abym czuła się u nich dobrze. Mam nadzieję, że rzeczywistość mnie nie zawiedzie, bo zdaję sobie sprawę, że tak też może być. Odganiam jednak te czarnowidztwo i pozostaję w nadziei, że pierwsze wrażenie jest bezbłędne! A w najgorszym wypadku - wrócić mogę zawsze, a takie doświadczenie jest bezcenne cokolwiek się tam nie wydarzy.
Najbardziej obawiam się samego rozstania na lotnisku. Wtedy to zapewne tak na prawdę dotrze do mnie co ja w ogóle wyprawiam, a łzy Mamy raczej otuchy mi nie dodadzą... Chyba wolałabym jechać na lotnisko sama, powiem szczerze, aby uniknąć tej całej dramy...
Pozostaje mi zapakować zapas chusteczek, jakiś środek uspakajający i po prostu przeżyć, co do przeżycia będzie mnie czekać. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, czyż nie?

Mały PS. Prezenty dla hostów :




T-shirt dla Maluszka, z krótkim rękawem w kolorze czerwonym, z napisem POLAND i orzełkiem pośrodku tego napisu. Z tyłu jego imię oraz cyferka 1 (jak by ktoś nie widział :P).










Dla rodziców :




Książka o Polsce w języku angielskim, trochę widokówek z mojego rodzinnego miast, mieszanka polskich łakoci, mała żubrówka oraz jeszcze mniejsza buteleczka wiśniówki robionej przez moją Mamę. Wszystko to zapakowane w piękną torbę prezentową z łowickim motywem. Jedyne, czego żałuję, to że książki o Polsce nie wzięłam jednak ciut większej i lepszej, z ładniejszymi ilustracjami (wybrałam taką wersję mini wielkości ok połowy zeszytu A5), ale już trudno, resztę o Polsce im po prostu opowiem :)






 Wybór łatwy nie był, na początku bardzo się wahałam w którą stronę z tymi prezentami iść. Nie chciałam ani za dużo, ani za mało, ani za drogo, ani za tandetnie... a w szczególności nie chciałam kupić prezentu od tak, żeby był, bo wypada. Chciałam, aby miało to jakiś sens, aby wniosło chociaż trochę czegokolwiek z naszej kultury, stąd taki, a nie inny wybór prezentów. Mam nadzieję, że im się spodoba i posmakuje :-)







Na dziś to wszystko, odezwę się już zapewne przed samym wylotem.
Dam znać, czy da się spakować całe życie do jednej, 23 kilogramowej walizki... Trzymajcie kciuki!

Monia.